Translate

poniedziałek, 6 lipca 2015

#4 Dwieście trzydzieści na godzinę

Słońce chyli się ku zachodowi. Powoli znika za horyzontem malując niebo w coraz ciemniejsze odcienie czerwieni. Piaszczysta plaża rozciąga się po mojej prawej stronie. Jakaś głupia zakochana para przytula się podziwiając widoki. Gdyby jeszcze było na co patrzeć....
Jaki sens ma patrzenie na coś co zdarza się codziennie? Durni marzyciele zachwycają się takimi debilnymi błahostkami jak wschód słońca, zachód, spadające gwiazdy czy pełnia księżyca. Co w tym takiego cudownego? Jak dla mnie astronomia to temat pracy domowej zadawanej badziewnym licealistom.
Zapytacie co w takim razie mnie rajcuje? Odpowiem wam- Adrenalina.

Zasuwam z mocno nieprzepisową prędkością po autostradzie moją najnowszą Hondą CBR. Dookoła mnie niewiele widzę, tylko przesuwające się plamy drzew, a przede mną droga. Pusta i pozwalająca rozwinąć kosmiczne prędkości, dla których stworzone zostało moje cacko. Kątem oka zerkam na licznik- 180...185...190....
Pewnie udałoby mi się dobić dwusetki i rozwinąć wreszcie wymarzoną prędkość, gdyby nie błysk niebieskiego światła w lusterku. Wyścig z wymiarem sprawiedliwości wydawał się być kuszącą propozycją, ale opinia dziecka z dobrego domu nie może umknąć mi z byle powodu. Wolę, żeby to był jakiś konkretny wybryk a nie ucieczka przed policją.
Zaczynam stopniowo zwalniać, aż w końcu zatrzymuję się na poboczu, a radiowóz niedaleko za mną. Stawiam maszynę na stopce i schodzę z niej. Korzystając z chwili, pochylam się nad schowkiem w poszukiwaniu lewych papierów.
Jeden z gliniarzy wychodzi z radiowozu i podchodzi do mnie. Na kilometr można było dostrzec błysk w jego oku, gdy przyglądał się mojej maszynie.
- Witam -rzuca, ścierając z kącika ust ślinę.
Nie żeby mnie to dziwiło. Ludzie często ślinią się do mojego cudeńka...
- Dobry -burczę- Jakiś problem?
- Nie...yy...tak -mamrocze- Za szybko jeździsz...yy... chłopcze. Dokumenty proszę.
Uśmiecham się pod nosem i sięgam po prawo jazdy numer trzy. Wręczam mu je i jak gdyby nigdy nic opieram się o motor.
Nigdy, tak jak i tym razem, nie kazano mi zdjąć kasku, aby mnie zidentyfikować. Mam zbyt dobre znajomości, by w papierach widniało jakieś szemrane nazwisko. Zawsze podaję się za jakiegoś, super bogacza, który to nie ma na nic innego wydawać pieniędzy i kupuje wypasiony motor. Nie wiem co tych policjantów tak onieśmiela. To, że rzekomo mam więcej forsy niż rozumu, czy po prostu ślinią się na widok tak odpicowanej fury i zapominają o ważnych aspektach kontroli.
- Oh... -szepcze facet, oddając mi lewe papiery- Chyba zaszła pomyłka, panie Maxymilianie. Ta nadmierna prędkość to chyba nieporozumienie. Ile pan miał na liczniku? 100? 150?
- Prawie 200 -rzucam z nieukrywaną dumą w głosie
- No właśnie -śmieje się nerwowo- A ograniczenie jest tylko do 180. To będzie wszystko. Niech pan pozdrowi generała Watt'a... to jest pańskiego ojca. Jak się miewa na emeryturze?
Bez słowa wrzucam dokumenty do schowka i wsiadam na motor.
- Na pewno lepiej niż ty na służbie, szmaciarzu -rzucam, odpalając jednocześnie silnik i zagłuszając się nim.
Ahh.. ten dreszcz który przebiega mnie ilekroć ta maszyna budzi się pode mną do życia...
Jednym kopniakiem chowam stopkę, a po niecałej sekundzie mknę już autostradą z powrotem do Buenos Aires.

Zatrzymuję się przed drewnianą stodołą na skraju lasu. Ostrożnie wprowadzam do środka Hondę, uważając, by nie zarysować jej o jakiś porzucony tu sprzęt rolniczy. Przechodzę z motorem w głąb ciemnego wnętrza, aż dochodzę do murowanej ściany. Delikatnie stawiam moje maleństwo na stopce i zdejmuję z głowy kask. Potem ściągam skórzany kombinezon i uwalniam włosy z koka, a burza blond loków opada mi na ramiona. Odnajduję w stogu siana swój strój do joggingu i wkładam go.Grzebię po kieszeniach, aż odnajduję paczkę papierosów i zapalniczkę. Biorę jednego do ust, zapalam, zaciągam się. Tak.... tego mi było trzeba. Wychodzę ze stodoły i ruszam przez las do domu.
No cóż... rodzice nie muszą wiedzieć wszystkiego o ich idealnej córeczce, którą już dawno przestałam być. A stało się to niecały rok temu, kiedy odkryłam ile znaczę dla moich "przyjaciółek". Ukradłam ojcu trzydzieści koła i nawiałam z domu. Uliczne wyścigi to najlepsza rzecz na jaką mogłam wpaść w środku nocy. Zaczęło mnie to kręcić, więc kolejnego dnia kupiłam porządny motor i zaczęłam się udzielać w rajdach. Oczywiście po kryjomu, bo jak inaczej? Matka chyba by osiwiała, a ojciec zszedł na zawał, gdyby się dowiedzieli.

- Już jestem! -wołam wchodząc do domu.
O ile domem można nazwać dwa tysiące metrów sześciennych. To bardziej pałac, niż bungalow. W takim budynku powinno mieszkać trzydziestu, a nie trzech ludzi. Jedna z najbogatszych rodzin w BA nie może postawić sobie jakiejś normalnej wielkości willi, tylko musi mieć wszystko "NAJ". NAJstarsze meble, NAJdroższe pościele, NAJmodniejsze ozdoby, i tak dalej i tak dalej. Rzygać tym wszystkim można.
- No nareszcie -do holu wkracza moja matka.
Jest to szczupła kobieta po czterdziestce, chodź na tyle nie wygląda. Chirurg plastyczny zdziałał w jej wyglądzie więcej niż moi dziadkowie dali jej w genach. Włosy ma jak zawsze idealnie pofarbowane na "Czerń 3-0" i upięte w ciasny kok na czubku głowy. Wokół niej unosi się chmurka lawendowych perfum, których wiadro wylewa na siebie każdego ranka. Są tego plusy- nie muszę maskować zapachu tytoniu, kiedy wracam do domu.
- Gdzie się tak długo podziewałaś? -pyta
- Biegałam -wskazuję na swój strój
- No tak.... -mierzy mnie wzrokiem- A teraz idź się szykować. Za godzinę jedziemy na przyjęcie.
- Oczywiście... -wysilam się na najbardziej uprzejmy uśmiech- Mamo
Wiem co powiecie. Po co zgrywasz damulkę? Chcesz do końca życia grać pannę z dobrego domu? Otóż nie! Nie chcę!.
Nie jestem taka, jaką mnie chcą. Nie dla mnie sukienki i róż na policzkach. Skóra, cięty język i wiatr we włosach- to jestem ja. I będę sobą! Już za tydzień! Dzień, w którym skończę osiemnaście lat, to będzie początek upragnionej wolności. Wszystko się zmieni tego dnia.
Wcześniejszego wieczoru przyprowadzę do garażu moją Hondę. Rano, gdy rodzice zejdą na śniadanie, zaprezentuję im się w moim skórzanym stroju i z kaskiem pod pachą. Wygarnę im jak bardzo nienawidzę tego wystawnego życia i robienia ze mnie laleczki na pokaz. Potem cisnę przez pokój tą cholerną urną z prababcią Figg, która straszy w holu i wyjdę trzaskając drzwiami tak mocno, że zadzwonią szyby w kredensach. Wsiądę na motor i tyle widzieli swoją idealną córeczkę!
- Angeles! -matka pstryka mi palcami przed twarzą- Mówię do ciebie, skup się!
- Przepraszam, zamyśliłam się
- Na pewno rozmyślasz o Juanie -uśmiecha się... nie wiem, to chyba miał być zadziorny uśmiech, ale przez ten botoks nie mam pewności- Mogę cię zapewnić, że pojawi się na przyjęciu u państwa LaFontaine.
Wspominałam wam już, że bogate snoby wzbogacają się aranżując małżeństwa swoich dzieci? Czy to jest do cholery siedemnasty wiek, żeby nakazywać mi za kogo mam wyjść?
Nim skończyłam czternaście lat, moi rodzice obiecali mnie synowi Diuck'ów. Tak wiem.. idiotyczne nazwisko. Właściwie ta rodzina nazywała się Carra, ale moja "przyszła teściowa" ma świra na punkcie tego co francuskie, więc zmienili nazwisko. A ich syn otrzymał imię Juan. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu to imię jest hiszpańskie, kiedy wypowiada się go Huan. Ale matka tego niedojdy uparła się na francuską wymowę Żą ... czy jakoś tak. Nie wiem, ja i tak mówię na niego normalnie.
- Idź już -ponagla mnie
- Tak, tak -dygam i idę do swojego pokoju.

Wszystkie przyjęcia bogaczy z miasta mają ten sam oklepany schemat. Goście przychodzą i są witani przez żonę gospodarza. Każda grupka osobno i przez piętnaście minut. Potem wszyscy zbierają się w sali bankietowej i są witani przez gospodarza. Bla bla bla. Burżuje jedzą i paplają o swoich pieniądzach. Dzieci tych bogaczy urzędują w osobnej sali wraz z młodzieżą, do której niestety należę. Rozpieszczone bachory niewiele różnią się od ich starszych wersji. Chłopaki w garniturach i pod krawatem, dziewczyny w koktajlowych sukienkach i tonami pudru na twarzach. Zrzędzą na to jakich to głupich zachcianek nie chcą spełnić ich rodzice.
Zostałam posadzona niemalże u szczytu stołu, obok mojego "narzeczonego". Nie znam chyba bardziej irytującego matoła. Juan jest chyba najgorszą partią, jaką mogli mi wybrać rodzice. Jest strasznie sztywny, śmieje się tylko z najsuchszych żartów jakie mu serwują, bo innych nie rozumie. Mało tego taki z niego maminsynek, że podczas nocy poślubnej chyba matka będzie mu podpowiadała co robić!
Jak ja się cieszę, że za tydzień stąd ucieknę i nigdy więcej go nie zobaczę!
- Wybaczcie -wstaję od stołu
- Gdzie idziesz? -pyta Juan
- Do toalety -warczę cicho
Kiwa głową, udzielając mi zgody. Jakby sądził, że usiądę z powrotem jeśli mi nie pozwoli...
Zabieram torebkę i kieruję się do wyjścia. W korytarzu mijam łazienkę i idę do tylnego wyjścia. Gdy wychodzę na dwór otacza mnie chłód wieczora. Idę wzdłuż domu, aż dochodzę do narożnika i chowam się za nim. Wyjmuję z torebki papierosa. Zapalam, zaciągam się. Tak.... To jest to, czego mi było trzeba.
- Przepraszam..... -odzywa się męski głos za moimi plecami.
Odwracam się gwałtownie i dostrzegam wysokiego bruneta, na oko w moim wieku, wpatrującego się we mnie ze zdziwieniem. Mierzę go obojętnym spojrzeniem i ponownie zaciągam się dymem.
- Śledzisz mnie? -rzucam chłodno
- Nie. Zauważyłem, że ktoś wychodzi z domu i obawiałem się włamywacza. Wiesz, że wpadniesz przez to w nałóg? -pyta wskazując na papieros w mojej dłoni- I szkodzi
- No co ty nie powiesz -wycedziłam- Zdaje się, że już wpadłam. Naskarżysz moim rodzicom, chłoptasiu?
- Zastanowię się -krzyżuje ręce na piersi- Ale najpierw powiedz mi co w tym takiego fajnego?
Ponownie zmierzyłam go spojrzeniem i nie odnajdując w nim nic ciekawego, przewróciłam oczami i oparłam się o ścianę.
- Chodzi o spokój. Tamta banda idiotów -macham ręką w kierunku drzwi- wkurza mnie jak cholera i gdyby nie to, że jeszcze przez tydzień muszę udawać jedną z nich, zaczęłabym się drzeć. Żeby odzyskać spokój i się zrelaksować wystarczy ten mały zwitek papieru z tytoniem w środku. Masz jeszcze jakieś głupie pytanie, czy pójdziesz stąd wreszcie?
- Mogę? -pyta- Może i mnie pomoże
Ściągam brwi, zaciągając się mocno, po czym podaję mu szluga. On zaciąga się i szybko wypuszcza dym krztusząc się. Śmiejąc się, odbieram mu go i biorę kolejnego bucha.
- To nie dla ciebie, chłopaczku -wyśmiewam go lodowato- Idź się napij lemoniady, bo ja cię palić uczyć nie będę.
- Przestań tak mnie nazywać, i daj jeszcze raz -usiłuje wyjąć mi fajkę z ust, ale daję mu po łapach
-  Więc jak mam cię nazywać? -niechętnie przekazuję mu dymek
- German -po kolejnym buchu reaguje tak samo, a ja znów się z niego śmieję
- Bardziej pasuje do ciebie Sierota -wyrywam mu papieros, zaciągam się ostatni raz i rzucam go na ziemię, zadeptując- Twoi starsi też mają obsesję na punkcie europy?
- Niby czemu?
- Mojego... znajomego matka ma obsesję na punkcie Francji i nazwała go Juan, a "German" kojarzy mi się z Niemcami.
- A ty, to? -przygląda mi się
- Oficjalnie, czy nieoficjalnie?
- Jedno i drugie -uśmiecha się uwodzicielsko, ale nie daję się zwieść
- Wybieraj. Nie można mieć wszystkiego -rzucam
- Więc oficjalnie
- Angeles, ale nie nazywaj mnie tak bo dostaniesz w twarz. Nie cierpię swojego imienia bo jest sztywne i pretensjonalne.
- Więc jak mam ci mówić? -skrzywił się
- Nie mów wcale -mruczę tajemniczo i pewna siebie opuszczam kryjówkę, kierując się w stronę drzwi.
- Angeles! -woła za mną
Zatrzymuję się, czekam aż podejdzie i odwracam się, jednocześnie uderzając go z liścia w twarz.
- Dotrzymuję obietnic -szepczę słodko i idę do środka, rzucając na odchodne- Następnym razem będzie pięść
W toalecie spryskuję się różaną perfumą, maluję usta truskawkową pomadką i wpycham do ust dwie gumy. Wszystko, żeby zamaskować zapach tytoniu.
Kiedy wracam do sali, zajmuję swoje miejsce obok Juana. Udając zainteresowanie niezwykle nudną historią, przebiegam wzrokiem po gościach. Nagle coś przykuwa moją uwagę. Coś niby zwyczajnego, ale jeśliby się nad tym zastanowić, coś niezwykle... pięknego. Para oczu w kolorze mlecznej czekolady, przygląda mi się uważnie z samego szczytu stołu.
Właściciela tych pięknych oczu poznałam przed chwilą, lecz nie dostrzegłam wtedy ich przyciągającej barwy. German siedzi prosto, z ręką na oparciu krzesła jakieś dziewczyny. Nie! To nie jest jakaś tam dziewczyna. To gospodyni tej imprezy. Jedna z najgłupszych bogatych "przyjaciółek", którą mogę się poszczycić- Jade LaFontaine. A dzisiejszy wieczór ma być jej przyjęciem zaręczynowym. Nie trudno zgadnąć, z kim...
- Hej, Jade! -wołam do dziewczyny i wykonuję gest ręką, aby pokazała mi pierścionek.
Odzywam się tak głośno pierwszy raz tego wieczoru, więc rozmowy przy stole cichną i wszyscy się na mnie gapią. Kaktus mi na głowie wyrósł, czy co?
Jade aż promienieje, zapytana o najnowszy nabytek i wymachuje ręką tuż przed twarzą narzeczonego. Udając, że podziwiam ten durny kawałek białego złota, przyjrzałam się chłopakowi. Cóż... gdyby to ode mnie zależało, chętnie wymieniłabym Juana na niego. Te ramiona... ciekawe, czy chodzi na siłownię...
- Cudeńko -mruczę z uznaniem, przenosząc wzrok na tandetny krążek z białego złota, w centrum którego przymocowano błękitny diament. Oklepane...
- Wiem -piszczy z zadowolenia i patrzy z radością na chłopaka.
Uśmiecham się jak najszczerzej tylko potrafię i wracam wzrokiem do swojego narzeczonego. Chudego jak patyk rudego sztywniaka, na którym nawet garnitur źle wygląda. Szkoda gadać...

Znów robię to co kocham. Zasuwam po prostej drodze, starając się w końcu rozpędzić do dwusetki. Nic z tego. Za każdym razem, gdy jestem już blisko, trafia na zakręt i muszę zwolnić. A może by zwolnić jeszcze bardziej?
Zjeżdżam na polną drogę, którą tak dobrze znam i jadę teraz powoli. Rozkoszując się tym. Brak mi jednej rzeczy...
Zatrzymuję się i zdejmuję z głowy kask, a następnie chowam go do schowka pod siedzeniem.
Tak... tego mi było trzeba. Włóczenie się ledwie czterdziestką na godzinę, wiatr we włosach. Pełnia szczęścia, nie? W sumie nie. Wleczenie się jest spoko, ale najbardziej w świecie pragnę rozwinąć prędkość do dwustu na godzinę. To byłoby coś...
Nagle dostrzegam kłęby dymu na skraju lasu. Po chwili widzę rozbity samochód z maską wgniecioną w drzewo. Bezmyślnie zatrzymuję Hondę i zeskakuję z niej. Zaglądam przez wybite boczne okno i nie widzę nikogo w środku. Wypadek jednak nie mógł wydarzyć się sam, ani zbyt dawno temu, więc musi być gdzieś w pobliżu kierowca.
- Halo! -wołam na całe gardło
Gdzieś w lesie słychać trzask pękającej gałęzi, a po chwili dostrzegam młodego chłopaka z rozciętą brwią. Gdy podchodzi bliżej, rozpoznaję w nim Germana.
Myślę, że ten chłopak przypadł mi do gustu. Zwykle po poznaniu kogoś na tego typu przyjęciach zapominam jego twarz i imię po wieczornym prysznicu, a tu proszę. Minęły dwa dni od jego zaręczyn, a ten przystojniak nadal tkwi mi w głowie.
- Angeles? -pyta zdziwiony
Zaciskam dłoń  pięść i niemalże delikatnie ocieram się nią o jego policzek. Pokiereszowany, czy nie, miał nie używać mojego imienia.
- A kto inny? -rzucam uśmiechając się przebiegle
- Nie spodziewałem się spotkać cię wieczorem w lesie -mówi, rozglądając się- A tym bardziej nie na motorze.
- Masz coś do mojej Hondy? -unoszę brew, głaszcząc z czułością kierownicę motoru
- Nie -unosi ręce w obronnym geście- Po prostu nie spodziewałem się, że dziewczyna taka jak ty...
- Jeśli "dziewczyna taka jak ja" to według ciebie ktoś w stylu Jade, to się grubo mylisz. Nie znasz mnie, więc nie wrzucaj mnie do jednego worka z tymi durnymi paniusiami i bogatych rodzin.
- A twoja rodzina nie jest bogata?
- Jest, ale ja nie jestem jak reszta dziewczyn z "towarzystwa". Nie rajcuje mnie paplanie o ciuchach i liczenie forsy.
- Więc co cię rajcuje?
- A co cię to obchodzi? -warczę groźnie, po czym spuszczam z tonu i krzyżuję ręce na piersi- Wydaje się, że potrzebujesz pomocy
Wskazuję na wrak samochodu.
- Na to wygląda -burczy pod nosem
Przyglądam się jego pokiereszowanej twarzy i dostrzegam brud na czole
- Upadłeś, po rozcięciu brwi? -pytam
- Tak -rzuca- Próbowałem iść przez las po jakąś pomoc i potknąłem się o gałązkę.
- Masz apteczkę w samochodzie? -ruszam w stronę wraku
- Pod siedzeniem kierowcy
Bez problemu ją odnajduję i wracam ku motorowi. Stawiam skrzyneczkę na siedzeniu i przegrzebuję ją w poszukiwaniu wody utlenionej i opatrunku. Gdy je znajduję, zrzucam apteczkę na ziemię i klepię siedzenie Hondy.
- Siadaj
German posłusznie wykonuje moje polecenie, a ja przemywam mu ranę i opatruję ją.
- Gotowe -gładzę delikatnie bandaż na jego czole i patrzę mu prosto w oczy.
- Znów mnie uderzysz, jeśli to zrobię? -pyta
- Co zrobisz?
W odpowiedzi przyciąga mnie do siebie i całuje. Zaskoczona otwieram usta, co on odbiera jako zielone światło i wtyka mi język. Zacisnęłam pięści, ale nie uderzyłam go. Dlaczego, do cholery tego nie zrobiłam?!
Chciałabym powiedzieć, że mi się nie podobało, że śmierdział, albo smakował jak stary ser... ale było zupełnie odwrotnie. Pachniał jak igiełki sosny z delikatną nutą środka odkażającego, a jego miękkie usta spakowały miętą. Oszołomiona tym wszystkim nie mogłam się ruszyć, zareagować... nic!
W końcu odsuwa się ode mnie i patrzy mi w oczy. Ja, mimo, że oszołomiona, biorę na niego zamach i uderzam go z całej siły w policzek.
Krzywi się i odwraca głowę, chwytając się za zaczerwienione miejsce.
- Nigdy więcej tego nie rób, bez mojej wyraźnej zgody -syczę
- Czyli z twoją zgodą mogę? -patrzył znów na mnie, tym zalotnym spojrzeniem
- Każde z nas jest zaręczone. Nie widzę, żebyśmy mieli jakąś przyszłość -szepczę
- Więc żyjmy chwilą. Co nam zaszkodzi? -pyta, dotykając mojego policzka, a ja nieśmiało się uśmiecham.
Jak to się stało, że bezwzględna laski roztopiła się po kiepskim tekście? A może to nie kwestia słów, lecz osoby, która je wypowiedziała? Czyżbym miała do niego słabość?
No nie! Tego, do cholery, nie było na mojej liście rzeczy do zrobienia przed osiemnastką! Miałam być sama, nie licząc Juana, żeby nie cierpieć po odejściu stąd. A teraz co? Zauroczył mnie beznadziejnie przystojny gość i cały mój świat się wali. Pierwszy raz od bardzo dawna nie wiem co robić.
- N-nie wiem German -jąkam się- Nigdy nie byłam w takiej sytuacji
- A ja ciągle ładuję się w beznadziejne sytuacje -uśmiecha się i daje mi szybkiego całusa- Wyciągaj szlugi, oboje się czegoś nauczymy.

I tak się właśnie stało. Pakuję się w ten fatalny romans wiedząc, że za pięć dni wyjadę stąd i nigdy więcej się nie zobaczymy. Czy to jest sprawiedliwe wobec niego? Nigdy nie interesowały mnie uczucia innych. Czy ja się zakochałam? To dlatego zaszło we mnie tyle zmian? Pieprzyć to!
Środa, Czwartek i Piątek ... w ciągu tych dni wdarł się w moje życie schemat. Pobudka, Szkoła, Popołudnie z rodziną, Wspólna przejażdżka z Germanem, Sen. Podczas naszych spotkań wiele rozmawialiśmy, poznawaliśmy się. Zdradził mi, że chce zaznać w życiu szczęścia, a ja powiedziałam, że chcę jechać dwieście na godzinę. German obiecał mi, że pomoże mi spełnić marzenie, jeśli ja pomogę mu spełnić jego. Zgodziłam się wiedząc, że to tylko puste słowa bo przecież w niedzielę opuszczę to miejsce raz na zawsze.
Właściwie... nawet tego nie jestem już pewna. Im więcej czasu spędziłam z nim, tym bardziej myślałam o tym, żeby zostać. Przecierpieć jakoś, dla niego. Na ziemię sprowadza mnie jednak myśl, że każde z nas jest już komuś obiecane i los prędzej czy później  nas rozdzieli. Co robić? Znów władowałam się w tę beznadziejną sytuację.

- Angeles -woła mnie matka
- Tak? -schodzę po schodach do głównego salonu
- Sprawdź, czy wszystko się zgadza. No wiesz, na twoje jutrzejsze przyjęcie -podaje mi podkładkę z przytwierdzonymi trzema kartkami. Najpewniej lista gości.
Przebiegam szybko wzrokiem po nazwiskach i krzywię się, widząc nazwisko Jade. Skoro ona została zaproszona, to raczej nie pojawi się bez osoby towarzyszącej w postaci narzeczonego.
Czy złamię mu serce, odchodząc bez pożegnania? Nie bądź głupia, Angeles. Przecież to nie jest miłość... prawda?
- I? -pyta
- Wszystko w porządku -mówię i czym prędzej wychodzę z pomieszczenia.
Nim zdążę przejść połowę schodów, rozlega się sygnał mojego telefonu. Biegnę czym prędzej do swojego pokoju i rzucam się na łóżko, odbierając.
- Cześć, Angie
- Kto? -dziwię się
- Pomyślałem, że skoro tak bardzo nienawidzisz swojego imienia, przydałby ci się skrót. Co ty na to? Angie?
- Hm... nie sztywniackie i nie tandetne -mruczę- Podoba mi się!
Śmieje się do słuchawki, po czym staje się nieco bardziej poważny.
- Dlaczego nie mówiłaś, że masz jutro urodziny? Dowiedziałem się od....
- Od Jade, prawda? Nie chciałam ci mówić. To przecież nic takiego. Tylko kolejny rok na karku -kłamię jak z nut
- Moim zdaniem osiemnastka to jednak ważna liczba i przygotowuję dla ciebie coś wyjątkowego
- Zepsułeś niespodziankę -rzucam
- Kurczę, miałem ci nie mówić -udaje, że strzelił gafę
- A ja tak lubię niespodzianki -udaję, zasmuconą
- To i tak będzie niespodzianka -śmieje się, a ja wraz z nim- Przyjdź do stodoły, w której trzymasz Hondę o dziesiątej
- Rano? -dziwię się, a moje serce przyspiesza na myśl, że jutro o tej porze mogę być już daleko.
- Nie głuptasie -mogę sobie wyobrazić, że kręci głową i przewraca oczami- Dziś wieczorem o dziesiątej.
- No dobrze... -mówię podejrzliwie
- Przyjdź, nie pożałujesz -szepcze tajemniczo i rozłącza się, mówiąc- Do zobaczenia
- Pa -rzucam, mimo że już mnie nie słyszy
Narasta we mnie niepokój związany z tym spotkaniem. A co jeśli zrobi coś, przez co jeszcze ciężej będzie mi go opuścić? Może nie pójdę? .... Nie! Przecież na pierwszym miejscu mojej listy jest przyprowadzić Hondę do garażu przed domem. Ehh.... kiedy uciekałam z domu na wyścigi, moje życie było znacznie łatwiejsze.

Pewnym krokiem wchodzę do szopy i zastaję co? Nic. Ciemność. Pustkę. I moją śliczną Hondę, opartą o tylną ścianę. Ruszam w jej kierunku, lecz w połowie drogi zatrzymuje mnie wyskakujący zza pługa German. Bez zbędnych ceregieli, bierze mnie w ramiona i całuje namiętnie. Nie żebym zostawała mu dłużna. Nasze pocałunki "na dzień dobry" nigdy nie trwają krócej niż pięć minut, a ten nie różni się od pozostałych.
- Więc co to za wyjątkowa niespodzianka? -pytam, przygryzając wargę z ciekawości
- Oto ona -wskazuje na siebie
- Ty jesteś moją niespodzianką? -unoszę z niedowierzaniem brwi- Czy ja wiem....
- Jestem tu, aby spełnić twoje marzenie
- Idziemy pojeździć? -jestem pewna, że dostrzega błysk w moich oczach, który pojawia się na samą myśl o szybkiej jeździe
- Też, ale najpierw coś jeszcze -szepcze mi do ucha i ciągnie mnie wgłąb stodoły, obsypując pocałunkami moją szyję. Nie trudno odczytać jego zamiary.
Hm.... może przyjście tutaj nie było jednak takim złym pomysłem?

Leżymy nadzy, owinięci prześcieradłem, na podłodze stodoły. Moja głowa spoczywa na jego falującej z wolna piersi. Oboje oddychamy ciężko, uspokajając się po namiętnym seksie. Po tym co między nami zaszło nie potrafię go tak zostawić. To byłoby zbyt bolesne dla niego, jak i dla mnie.
- German... -szepczę, całując jego pierś i patrząc mu w oczy- Chcę, żebyś o czymś wiedział... Dzień moich osiemnastych urodzin zaczęłam planować już parę miesięcy temu. Chcę, aby to był dla mnie początek nowego życia. Mam zamiar wyjechać stąd, tuż po tym jak wygarnę rodzicom jak wielki mam do nich żal za to, że od moich najwcześniejszych lat robili ze mnie laleczkę na wystawę. Nie chcę takiego życia i chcę zacząć od zera. Gdzieś daleko stąd.
- Chcesz... mnie zostawić? -pyta z lekkim przerażeniem- Po tym, co między nami zaszło?
- Ty jesteś czymś, co niszczy cały mój plan. Nigdy nie brałam pod uwagę, że się za... że poznam kogoś wyjątkowego. Kogoś, przez kogo ucieczka stąd stanie się trudniejsza niż przypuszczałam.
- Więc nie zostawiaj mnie -podnosi się i siada, przytulając mnie- Ucieknijmy razem. Zostawmy tutaj naszych narzeczonych, wystawne życie i przeszłość.
Patrzę mu w oczy i widzę w nich determinację i pewność, że tego właśnie chce. Kiwam niepewnie głową i sunę dłonią od jego torsu do karku, a następnie całuję go czule.
- Zaróbmy tak

Ja, przebrana w swój skórzany kostium. On, ubrany w t-shirt, jeansy i skórzaną kurtkę. Usadawiamy się na Hondzie. Rezygnuję z kasku, pozostawiając go w schowku pod siedzeniem.
- Gotów? -pytam, odwracając się do niego
- Czas spełniać marzenia -szepcze, skradając mi szybkiego całusa.
- Co masz na myśli
- Nie wiem, czy jesteś tego świadoma, ale spełniłaś moje marzenie o szczęściu, kochając się ze mną. Teraz czas nadwerężyć prędkościomierz twojego motoru
Po raz pierwszy od bardzo dawna, na moich ustach zakwita szczery uśmiech. Bez najmniejszego cienia sztuczności, cynizmu, czy musu. Jest to prawdziwy, radosny uśmiech, który mógł wywołać na mojej twarzy tylko on.
Odpalam silnik, czując jak budzi się pode mną do życia. Ryk maszyny niesie się po polach ornych, które nas otaczają. Puszczam hamulec i ruszam w kierunku autostrady.
German siedzi za mną, a jego ręce spoczywają na mojej talii. Gdy wjeżdżamy na pas szybkiego ruchu, całuje mnie w ramię i szepcze:
- Wierzę w ciebie, Angie
W przypływie radości, przekręcam rączkę i dodaję gazu. Mkniemy teraz przez mrok, rozproszony nieco przez latarnie, z ciągle wzrastającą prędkością. Mijamy lasy, pola, wioski i miasta dążąc do celu- spełnienia marzenia.
Zerkam na tablicę rozdzielczą. Prędkościomierz minął już liczbę 190 i zaczął zbliżać się do 200. Tuż obok licznika, znajduje się wyświetlacz zegara. Gdy ten zeruje się oznajmiając, że nadszedł nowy dzień, wskazówka prędkości przekracza 200.
Piszczę z radości na tyle, na ile pozwala mi pęd powietrza.
- Wszystkiego najlepszego -między szumem wiatru i rykiem silnika dociera do mnie szept Germana.
Ogarnia mnie tak silna euforia, że przyspieszam jeszcze bardziej. Czuję jak motor rozgrzewa się pode mną i wydaje co raz głośniejszy skowyt, buntując się przeciwko przeciążaniu.
Mrużę, wysuszone wiatrem oczy i patrzę na licznik. 210...220....230!
- Angie! -rozlega się krzyk Germana- Hamuj!
Jego ręka pojawia się obok mnie wskazując na coś przed nami.
Patrzę we wskazanym kierunku i dostrzegam dwa ogromne TIR'y mniej więcej półtora kilometra przed nami, które uległy wypadkowi. Jeden wpadł do pobocza, a drugi... O zgrozo! Był przewrócony na szerokości obu pasów autostrady.
- Nie dam rady! -wołam do niego, niemalże szlochając z bezsilności- Jedziemy zbyt szybko. Nie zdążę wyhamować. Jeśli zrobię to zbyt gwałtownie, spadniemy.
Dociera do niego beznadziejność naszej sytuacji i to, że nie ma z niej wyjścia. Czegokolwiek nie zrobię... nie jest nam pisany happy end.
- Kocham cię Angeles -jego głos się załamuje i oboje wiemy, że to już koniec.
- Kocham cię German -szlocham, gdy znajdujemy się kilkaset metrów przed przeszkodą.
Wysuwa głowę na moje ramię, a ja odwracam się do niego, mając świadomość tego, że ostatni raz go całuję. W tym samym momencie czuję uderzenie i oboje przelatujemy przez kierownicę. Ja zatrzymuję się na naczepie TIR'a, a German przelatuje przez nią. Słyszę trzask łamanego błotnika przede mną i plask upadającego na asfalt ciała, gdzieś z tyłu. Przygniata mnie stojąca na jednym kole Honda. Czuję okropny ból łamanych żeber, nóg i miednicy. Potem tracę czucie, a następnie kontakt z rzeczywistością.

Czy umarłam? -zapytacie. Tak, to był koniec nie tylko dla mnie, ale i Germana. Odeszłam z tego świata ze świadomościom, że to moja wina. Wiem jednak, że to była dobra śmierć.
Oboje odeszliśmy szczęśliwi, kochani, ze spełnionymi marzeniami. Może nie spełniłam swojego urodzinowego planu, ale w końcu zaznałam wolności.
Umarłam wolna i szczęśliwa, mimo że zabiło mnie moje własne marzenie.

~Ina

4 komentarze:

  1. Ehhh...Brak mi słów... Po prostu zakochałam się w tej jednorazówce! Idealnie trafiłaś w moje gusta :D
    Ahhh... To takie piękne i smutne. A ostatnie zdania takie cudowne <3 Nie no serio , nie wiem co pisać , gdyż jestem pod WIELKIM , BARDZO WIELKIM wrażeniem !
    Nie , no... Ehhh... Jestem w stanie tylko tyle z siebie wykrzesać ;/ Ale wiedz , że CUDNA ! <3
    Mam nadzieję , że takich jednorazówek będzie więcej ;)
    Pozdrawiam ! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :D
      Miałam mieszane uczucia co do tej historyjki, kiedy ją dodawałam, ale ty rozwiałaś moje wątpliwości ;*
      Buziaczki :**

      Usuń
  2. Nie znałam Angie, albo nie Angeles < gdyby była naprawdę oberwało by mi się xD > od tej strony, motor, fajki, skórzana kurtka < bez, to bym ten zestaw wzięła *0* >, fajny styl, podoba mi się !, i jeszcze German tak w skórzanej kurtce , muaaa. Przed nami, przedstawiciela wszystkich bogatych i jednocześnie zbaraniałych ludzi, Jadeee Laf.... lafcośtam < nie chcę mi się przewijać do góry ani wyguglować aby sprawdzać > , prosimy o brawa !. Kochanie się = szczęście ,każdy facet tak ma !. Taki szczęśliwy koniec ^^, aż ci powiem że się wzruszyłam < nwm jak to zrobiłaś, ale to już czarna magia >, to było takie... no..., aż brak mi słów. Unikalna oraz fenomenalna jednorazówka ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;D
      Ten jeden raz Germanowi uszło na sucho, że zwrócił się do niej pełnym imieniem ;D Uważaj, bo jeszcze Angie zmartwychwstanie, żeby ci przywalić hahahaha Czaisz? Przychodzi do ciebie taki zombiak (xD) i wyjeżdża z tekstem "bez Angelesowania mi tu" i jeb ci hahahah xD (chyba już czas spać...)
      Facet to taki prosty organizm, któremu wiele do szczęścia nie potrzeba ;D
      Dzięki za kom :* Kocham cię! Buziaczki ♥ Pa :D

      Usuń